DROZDA NOTUJE: „KRKAVCI” z Dejvickeho Divadla

Start listening

10 marca 2025 roku w Dejvickim Divadle miała miejsce premiera spektaklu „Krkavci” [KRUKI] w reżyserii Jana Friča. W marcu 2026 czescy krytycy teatralni okrzyknęli spektakl inscenizacją roku, biletów dostać nie można. Mnie udało się to przedstawienie zobaczyć dzięki uprzejmości odbywającego się w Brnie festiwalu “Divadelní svět Brno”.

Kruki wracają

Interesujące jest to, że „Krkavci” to inscenizacja dziewiętnastowiecznego dramatu francuskiego, autorstwa Henry’ego Becque’a, dotąd na scenach niemal nieobecnego. Program spektaklu podaje, że ten dramat, od czasu paryskiej prapremiery w 1882 roku, na europejskich scenach w zasadzie nie był wystawiany. Przywołuje jedynie dwie inscenizacje telewizyjne – włoską z 1968 roku i słowacką z 1982 roku. Pomija, że w Polsce po “Kruki” sięgano trzy razy – prapremiera odbyła się w Krakowie w 1894 roku, kolejna tamże w 1952, a trzecie wystawienie to już Teatr Telewizji z 1973 roku. Nieco częściej (i w Polsce i w Czechach) wystawiano inny dramat Becque’a “Paryżanka”, ale wciąż można te inscenizacje liczyć na palcach. 

Cudzym głosem

Sceną otwierającą spektakl jest impreza. Przyjęcie. Oglądamy je w wielkim oknie. Może akwarium? Może na ekranie kinowym? Nogi postaci są niewidoczne, bo scenę okala rama. W formacie 16:9. W tle gra wielki telewizor. I nagle, w tym imprezowym chaosie ktoś zaczyna coś mówić. Po chwili orientujemy się, że imprezowicze dubbingują postaci z ekranu. Po kolejnej, że oglądamy fragmenty słowackiej inscenizacji Pavola Haspry z 1982 roku. To pierwsze sceny sztuki, w których ojciec rodziny Vigneron żyje, świętuje, a goście okazują mu szacunek jako bogatemu i wpływowemu mężczyźnie. Bohaterowie, i ci w żywym planie i ci na ekranie (w kostiumach z epoki), są trochę jak figury w ramie społecznych rytuałów, a dubbing tylko podbija wrażenie sztuczności. Nikt wokół tego stołu nie mówi (jeszcze?) własnym głosem.

foto: PATRIK BORECKÝ – oficjalny materiał ze stron DD

To mocna, wymowna, lekko komiczna a zarazem ostra jak brzytwa scena, ilustrująca codzienne hipokryzje. Kiedy umiera pan domu, na telewizor spada zasłona i kończy się teatr pozorów. Zostaje chłodna, niemal laboratoryjna przestrzeń, przypominająca trochę salon, trochę pokój hotelowy, trochę poczekalnię albo pustą salę ceremonialną. Nie jest niczym konkretnym, jest poza czasem – i dlatego wszystko, co następuje później, działa tak silnie.

Pieniądze

Mówiąc najkrócej, do zdezorientowanej wdowy i jej córek zlatują się tytułowe kruki, w osobach wspólnika, prawnika, architekta, a nawet nauczyciela muzyki, by ze spadku zagarnąć wszystko, co możliwe. Pieniądze. O nie tutaj chodzi.

Jan Frič radykalnie odchudził dramat Becque’a. Usunął praktycznie całe społeczne tło (mieszczański dom, służbę, a nawet syna) i zostawił sam mechanizm, szkielet świata, w którym znaczenie ma siła, bezczelność, manipulacja oraz napięcia wynikające z ról społecznych przypisanych kobietom i mężczyznom.

I właśnie dlatego początek z dubbingiem starej, telewizyjnej inscenizacji okazuje się tak genialny. Frič pokazuje widzowi dawny teatr realistyczny, pełen psychologii, społecznych detali i rozbudowanych relacji, po czym zasłania go kurtyną.

Kwiaty dla wdowy

Jednocześnie największa siła przedstawienia Friča tkwi chyba gdzieś głębiej niż w samej diagnozie społecznej. „Krkavci” są przede wszystkim spektaklem o rytuałach (niewidzialnej) przemocy.

Najmocniej czuć to w powracającym motywie kwiatów. Za każdym razem, gdy jakikolwiek mężczyzna pojawi się w domu wdowy, przynosi bukiety. Dla każdej z czterech dam. Początkowo duże, eleganckie, staranne i reprezentacyjne. Później coraz skromniejsze, coraz bardziej przypadkowe, coraz bardziej upokarzające. Kwiaty stają się narzędziem dominacji. Gestem pozornej troski i szacunku, pod którym ukrywa się wyrachowanie prowadzące do ekonomicznej przemocy.

Jan Frič niezwykle precyzyjnie pokazuje, że przemoc chce wyglądać elegancko. Ludzie rozkradający majątek rodziny Vigneronów nie podnoszą głosu. Nie grożą. Przynoszą kwiaty, mówią spokojnym tonem, zachowują formy. A jednocześnie krok po kroku odbierają kobietom bezpieczeństwo finansowe, a co za tym idzie pozycję społeczną i przyszłość. Śmierć uruchamia przede wszystkim procedurę. Zresztą program spektaklu zawiera coś absolutnie niezwykłego: praktyczny poradnik dotyczący tego, co i w jakiej kolejności należy zrobić po śmierci bliskiej osoby i jak postępować ze spadkiem. Jakby Dejvické Divadlo chciało powiedzieć widzowi: to nie jest historia z XIX wieku. To wydarza się codziennie.

Kobiety wśród kruków

O tak dobrym spektaklu pisze się łatwo, zwłaszcza że grają w nim i wygrywają wszystko, o czym powyżej, znakomici aktorzy. Czeskie recenzje zachwycały się zwłaszcza Klarą Melíškovą (wdowa Vigneron) i Ivanem Trojanem (Teissier, wspólnik Vignerona) – i nie da się ukryć, że jest to duet koncertowy.

foto: PATRIK BORECKÝ – oficjalny materiał ze stron DD

Niemniej, mnie bardzo mocno zostały w pamięci kobiece role drugiego planu. Lenka Krobotová jako Pani de Saint-Genis tworzy postać niemal demoniczną – kobietę, która doskonale rozumie reguły tej społecznej gry i nie ma już żadnych złudzeń. Jej pierwsze wejście, gdy ostrzega wdowę przed ludźmi, którzy za chwilę rzucą się na jej majątek, ma w sobie coś z szekspirowskiej wiedźmy. Wdowa Vigneron ostrzeżenie oczywiście lekceważy.

Jeszcze mocniejsza jest scena późniejsza: Pani de Saint-Genis pojawia się z półnagim synem ukrytym pod płaszczem, niczym zwierzęciem albo pasożytem przyrośniętym do jej ciała. Informuje wtedy spokojnie, że córka wdowy jednak za tego syna nie wyjdzie. To jedna z najmocniejszych scen spektaklu.

foto: PATRIK BORECKÝ – oficjalny materiał ze stron DD

Fenomenalna jest także Antonie Formanová jako Blanka. To bodaj najbardziej tragiczna postać całego spektaklu, bo jako jedyna naprawdę wierzy jeszcze w miłość. Jest przekonana, że ukochany postawi się rodzinie i pieniądzom. Że uczucie okaże się silniejsze od społecznego mechanizmu. Formanová gra tę wiarę z niezwykłą wrażliwością. Co jakiś czas jej kwestie przechodzą niemal w śpiew – nie w piosenkę, ale w rodzaj melodyjnej recytacji. Jakby zwykły język nie wystarczał już do podtrzymywania iluzji. Jakby desperacko próbowała wyśpiewać sobie świat, który właśnie się rozpada. Wspaniała jest ta rola. I wspaniale byłoby zobaczyć ten spektakl w Polsce.

Na koniec

Właśnie dlatego „Krkavci” robią tak wielkie wrażenie. Bo to nie jest spektakl o złych ludziach. Raczej o systemie społecznym, który kasuje, wyzerowuje emocje i zamienia je w procedury. Najpierw bohaterowie mówią cudzymi głosami. Potem przychodzą ludzie z kwiatami zamiast współczucia. A na końcu widz dostaje instrukcję postępowania po śmierci bliskiej osoby.

Henry Becque pisał swój dramat w XIX wieku. Dziś Jan Frič pokazuje go jako opowieść boleśnie współczesną – o świecie, w którym nawet żałoba bardzo szybko staje się kwestią własności, pieniędzy i rozłożenia sił – także tych wynikających z płci. I nie ma znaczenia, że minęło blisko 150 lat, w tej kwestii wciąż wiele jest do nadrobienia, a mniejsi i więksi cwaniacy nieustannie czyhają na nie swoje pieniądze.


Jeśli podoba Ci się, to co robię, zajrzyj, poczytaj, posłuchaj, wesprzyj.
Łatwiej będzie mi tworzyć dalej, a Ty dostaniesz coś EXSTRA!

https://patronite.pl/TeresaDrozda
https://suppi.pl/drozdowisko
https://buycoffee.to/drozdowisko/

Join the discussion